poniedziałek, 26 września 2016

Chytry grabarz, czyli nekrofauna w domu Pani z przyrody.



Zapowiadał się bardzo atrakcyjny wieczór. Byłam umówiona z koleżanką Kasią na koncert Zespołu Hej. Jako że obydwie Kaśki bardzo, ale to bardzo lubię, nic nie mogło stanąć mi na drodze do spędzenia tego wieczoru, w tak doborowym towarzystwie. Jednak instynkty tropiciela, w które natura wyposażyła Panią z przyrody, o mały włos nie pokrzyżowały tych jakże atrakcyjnych planów. A wszystko zaczęło się tak: Na niecałą godzinę przed umówionym spotkaniem z Kasią, udałam się do łazienki, uszykować sobie fryzurę - wszak wieczorne wyjście z domu zobowiązuje. Kiedy tak wisiałam zgięta w połowie, z głową w dół, susząc już włosy i wgapiając się tępo w podłogę, nagle dostrzegłam siedzącą na kafelkach pszczołę. Skąd ona się tutaj wzięła? Pewnie wpadła bidulka przez okno i czeka na ratunek. Jak tylko skończę suszyć włosy, to jej pomogę – pomyślałam. Ale zaraz… to chyba raczej jest osa?! Albo może trzmiel?! Jestem krótkowidzem, okulary aktualnie leżały na wannie, nie byłam więc pewna, co widzę. Owad miał jakieś dziwne paski lub plamy, w kolorze żółtym bądź pomarańczowym, nie miałam jasności. Insekt okazał się zbyt trudny do jednoznacznego zidentyfikowania, bez odłożenia suszarki, a ja byłam nader ciekawa, żeby dłużej czekać. Tak więc suszarka "poszła" w kąt, a moja twarz z zainteresowaniem zbliżyła się do owadziego osobnika. Orzesz ty!!! Stanęłam oko w oko z…. grabarzem!!! To był chrząszcz grabarz!!! Ten sam, którego fotografia zamieszczona w moim „Przewodniku do rozpoznawania roślin i zwierząt na wycieczce”, tak mnie fascynowała, kiedy byłam jeszcze młodą Dziewczyną z przyrody. Na zdjęciu tym, chrząszcz widniał razem z martwym gryzoniem, z którym robił dziwne rzeczy. Jakie i po co – opiszę na końcu. Telewizja nie obfitowała wówczas, jak to jest obecnie, w kryminalno-przyrodnicze programy o wątpliwie chwytliwych tytułach, w których natura zwierząt obnażana jest do granic przyzwoitości i dobrego smaku. Nie wspominając już o baku internetu. Szczytem perwersji było zobaczenie w książce fotografii zwłok myszy, w towarzystwie padlinoluba.
 Cóż jednak owad ten robi w moim domu? Fakt, że łazienka może nie grzeszy czystością, ale żeby od razu ściągały tutaj padlinożerne stworzenia?? Skoro jednak chrząszcz znalazł się w mojej łazience, to zanim ją opuści, musi zostać obowiązkowo sfotografowany. Siedział w jednym miejscy grzecznie i bez ruchy, lecz dla pewności nakryłam go plastikowym wieczkiem ze słoiczka od kremu do twarzy i pobiegłam po aparat. Po chwili byłam już z powrotem w łazience i podekscytowana uniosłam wieczko do góry.
 I stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam!!
 Chrząszcz, najwyraźniej po chwilowym odcięciu od bodźców zewnętrznych, odzyskał zmysły i wiedziony instynktami samozachowawczymi zaczął uciekać pędem i galopem w stronę przedpokoju. Więc ja go cap! Z powrotem pod pokrywkę. Co dalej, co dalej!? Nie mogę pozwolić mu zwiać, zanim nie zrobię chociaż jednego w miarę udanego zdjęcia. Poza tym, jak wbiegnie pod meble i się ukryje, to będzie po nim, być może nie zwrócę mu już wolności. Ostrożnie podniosłam pokrywkę, a chrząszcz w nogi!! Więc ja znowu go cap i pod pokrywkę!  Odczekałam chwilkę i ponownie uniosłam wieczko. A chrząszcz sprinter popyla w najlepsze! Już był w przedpokoju, ja za nim czym prędzej! Podążam za robakiem w przysiadzie, z aparatem w jednej ręce i wieczkiem z kremu w drugiej, na wpół ubrana w dodatku i z mokrymi jeszcze włosami. Mój maż bardzo się zdziwił tym widokiem, kiedy przyszedł sprawdzić co się dzieje. Co ty wyprawiasz? – zapytał. Grabarz do nas wpadł, przynieś szkło!! Chyba nadal nie ogarniał... Byłam tak skupiona na pilnowaniu uciekającego owada i próbach zrobienia mu zdjęcia, że nie potrafiłam nic więcej powiedzieć, to nie był czas na gadanie i tłumaczenia. Musiał się jednak domyśleć, że sprawa jest dla mnie poważna, bo po chwilowej konsternacji,  bez zadawania dodatkowych i niepotrzebnych pytań, przyniósł szklany słoik. Okiełznany szkłem chrabąszcz został, wbrew własnej woli, udokumentowany na zdjęciach. 
Wracając do niesmacznych zwyczajów tych chrząszczy, śpieszę wytłumaczyć, że chrząszcz grabarz pospolity należy do tzw. nekrofauny, czyli do gatunków zasiedlających padlinę i zwłoki. Grabarz za pomocą doskonałego powonienia wyszukuje padlinę małych zwierząt, np. gryzoni lub ptaków i przywabia samicę. Następnie podkopuje ciało martwego zwierzątka i zagrzebuje je w ziemi. Wygrzebuje ukośny tunel, wyściela go piórami lub sierścią i formuje padlinę w kształt kuli. W takim gniazdku samica składa jaja. Po kilku dniach wylęgają się larwy, które początkowo karmione są przez troskliwych rodziców przetrawionym... mięskiem. Ble... Ale uwaga! Jest to jedyny przypadek opieki nad potomstwem wśród chrząszczy. Do nekrofauny należy również  np. mucha plujka pospolita, która składa jaja na "świeżych" zwłokach, a fakt ten wykorzystywany jest w kryminalistyce, do określania czasu zgonu, na podstawie stopnia rozwoju larw. 

Puenta nie na żarty:

Nasza planeta to spójny system przyrody, a środowisko naturalne ulega ciągłym cyklom przemian. Zwierzęta takie jak np. chrząszcze grabarze  mają do spełnienia ważną rolę w tym cyklu. Dzięki nim, dokonuje się w przyrodzie ciągły obieg martwej materii i sprawnie działa naturalny ekosystem. Z perspektywy przyrody grabarze są na ziemi ważniejszymi mieszkańcami niż ludzie, dlatego chętnie zwróciłam chrabąszcza matce naturze.  Zdjęcia owada zupełnie mi  nie wyszły, jak się później okazało. Przechytrzył mnie ten grabarz. W dodatku na koncert spóźniłyśmy się ponad pół godziny – jednak nie z powodu mojej przygody z nekrofauną w łazience. Ale to już całkiem inna historia…. 


4 komentarze:

  1. Jeden grabarz i tyle zamieszania :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam tytuł i miałam zupełnie inne skojarzenie. Piękny ten chrząszcz, jeszcze się z takim nie spotkałam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. No to się nabiegałaś za tym grabarzem :)

    OdpowiedzUsuń