wtorek, 15 listopada 2016

Królestwo

„Panu Bogu najlepiej udała się przyroda oraz muzyka.” To refleksja mojej przemiłej koleżanki, która padła w trakcie naszej dzisiejszej pogawędki przy kawie. Dodałabym jeszcze, że Bogu udały się również dzieci. Godzinę później siedziałam w kinie na seansie filmu „Królestwo”. Chyba miałyśmy rację. 


Pomimo, że obok głównego bohatera filmu - zachwycającej przyrody, występował w nim również człowiek, to kamera ani razu nie spojrzała mu prosto w twarz. Poza nielicznymi scenami z dziećmi. Czyżby ktoś wstydził się spojrzeć sobie we własne, ludzkie oczy? W obliczu krzywd, których zaznaje od nas przyroda, chyba mamy się czego wstydzić. Już dawno przestaliśmy wykorzystywać jej zasoby dla swojego przetrwania. Eksploatujemy ją dla przesadnych zachcianek i wygodnego życia. Ale tyle już zostało na ten temat powiedziane, że nie będę tego rozwijać.

 W filmach przyrodniczych, oprócz samej przyrody oczywiście, fascynująca jest dla mnie praca operatorów kamer. Oglądam i nie mogę uwierzyć, że to nie fotomontaż: kamera frunie przez środek lasu razem z jelonkiem rogaczem, biegnie razem ze stadem polujących w gęstej kniei wilków, leci wysoko ze stadem żurawi, wspina się po drzewie z małym niedźwiadkiem, spada na ziemię ze ściętym dębem, atakuje zdobycz razem z sową. Jak to w ogóle jest możliwe? I jeszcze jedno – klangor żurawi. Nieustannie wzrusza mnie do łez, nawet w kinie. 


sobota, 29 października 2016

Imprezy i wino jabłkowe - czyli coś o jeżach:)

video


Dawno temu, kiedy byłam małą i rezolutną dziewczynką, żyłam w przeświadczeniu, że świat zasadniczo jest dobry, a jeżeli pojawiają się w nim czasami złe rzeczy, to raczej przypadkowo i zawsze można je naprawić. Trzeba tylko chcieć i działać. Dlatego, kiedy zobaczyłam rozjechanego na drodze jeża, postanowiłam coś z tym problemem zrobić. Wyciągnęłam z piórnika kolorowe kredki, nawyrywałam kartek z zeszytu z matematyki i zrobiłam plakaty. Na każdym z nich widniał wielki i kolorowy napis „Kierowco, uważaj na jeże!!!” oraz uśmiechnięty jeż, z jabłkiem wbitym w kolce. Plakaty edukacyjne ozdobiły osiedlowe słupy, lampy i przydrożne drzewa. Okoliczne jeże miały dzięki temu zostać ocalone od drogowej masakry, a nieostrożni kierowcy mieli dostać solidną lekcję dobrych manier. Nie pamiętam, co było dalej, jednak jedno jest pewne – jeże nadal giną pod kołami samochodów, a w życiu nie zawsze można zapobiec przykrym zdarzeniom. Trzeba pogodzić się z tym i basta, oczywiście nadal robiąc swoje. Jednak pewnego razu, kiedy byłam już dorosła, stała się rzecz, z którą pogodzić się nie było mi już tak łatwo - ktoś postanowił zburzyć mój słodki wizerunek jeżyka, jaki pamiętałam z dzieciństwa. A było tak: Jeden znajomy, co to wrażliwością przyrodniczą raczej nie grzeszył, zdradził na jakiejś imprezie, że razem z kumplem z pracy wpuścili kiedyś jeża na halę magazynową, żeby na myszy i szczury polował. Podobno skuteczniejszy był w tym niż kot!! Na innej imprezie, inny znajomy opowiedział, że kiedy był na studiach z biologii, jeden z wykładowców chwalił się przed studentami swoimi eksperymentami, które robił na jeżach. Wynikało z nich, że jeże do jabłek się garną, ale tylko sfermentowanych, przypominających działaniem wino. Bo jeże to zwykłe pijaki!! I mordercy!! Oj, trudno zestawić taki wizerunek jeża z tym słodziakiem z jabłkiem na grzbiecie, którego rysowałam na plakatach. Co prawda jeże nie są weganami, ale żeby tak od razu psuć im reputację, opowiadając o krwiożerczej, zbrodniczej naturze oraz o ciągotach alkoholowych?? Gdybym chciała pójść tym tropem, to mogłabym jeszcze dodać, że są również leniwe, ponieważ w moim ogrodzie regularnie odwiedzają miski z suchą karmą dla kotów typu "premium", chociaż tłustych ślimaków dookoła w bród. Jeż ma prawdopodobnie dobrze rozwinięty smak, ponieważ jest wybredny gdy może sobie na to pozwolić. Jego główne pożywienie stanowią owady, ale również ślimaki, płazy, ptasie jaja, drobne ssaki. Nie transportują jabłek nabitych na kolce. Nie robią także zapasów na zimę, a w czasie snu zimowego korzystają z tłuszczu nagromadzonego w organizmie jesienią. Podsumowując własne obserwacje, to upodobania kulinarne mają podobne do kotów - najchętniej miseczka pełna whiskasa, lecz gdy trzeba, to robaczek lub myszka. Co do sfermentowanych jabłek - podobno to hit zwierzęcych używek:) Nie czepiałabym się i tego:)


Dodaj napis

 Źródła: własne obserwacje, opowieści z imprez, książka "Zwierzęta nocy" Hanny i Antoniego Gucwińskich  


piątek, 30 września 2016

Złapana przez dwanaście srok, czyli bardzo osobista recenzja wyjątkowej książki.




Józef Chełmoński "Powitanie słońca"

W świecie przyrody, zawsze najbardziej fascynowały mnie ptaki. Udało mi się zgromadzić w ostatnich latach pokaźną kolekcję książek o tematyce ptasiej – atlasy, albumy, ptaki w sztuce, w kulturze, w ogrodzie, ptaki i ich tajemnice, ptasi raj, monitoring ptaków, poradniki jak obserwować, jak fotografować, jak dokarmiać, jak nie dokarmiać, itp… Uderzyła mnie pewnego dnia ilość tych pozycji. Jak to możliwe, że tyle u mnie książek o ptakach, a nie posiadam ani jednego atlasu motyli?! W czym motyle, ważki, płazy oraz wszystkie inne gatunki naszej rodzimej fauny tudzież flory, są gorsze od ptaków? Czy publikowanie i kupowanie kolejnych książek o ptakach to jakieś dwie nowe dyscypliny sportowe? Czas na zmiany! Postanowiłam z premedytacją lekceważyć kolejne nowości literackie z kategorii ornitologia. Dosyć książek o ptakach! Przyjaciółce zasugerowałam, że w prezencie urodzinowym interesuje mnie Saga Puszczy Białowieskiej Simony Kossak. Potrzebuję  głębszego przekazu, niż kolejne albumy ze zdjęciami i opowiastkami przyrodniczymi. Zdziwiłam się, kiedy w dniu swoich urodzin, ze skrzynki na listy wyciągałam przesyłkę od przyjaciółki, a jej gabaryty były zdecydowanie mniejsze, niż format, w którym wydano Sagę. Istotnie, nie była to Saga, lecz książka o ptakach – „Dwanaście srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego. Pobieżnie przeczytana recenzja na tylnej obwolucie obiecywała miłą lekturę, a dedykacja, wpisana przez przyjaciółkę na pierwszej stronie, sugerowała jak najlepsze intencje wobec mnie. No i jak tutaj nie czytać!? 
Dwanaście srok za ogon
Pomimo wszystko, książkę odłożyłam. Przeleżała na regale wśród różnych bibelotów ponad dwa miesiące. Przypomniałam sobie o niej przypadkowo, gdy czegoś wśród nich szukałam. Wzięłam do rąk, zapominając czego naprawdę szukam. Uzmysłowiłam sobie niewygodną prawdę o tym, że nadal nie posiadam żadnego atlasu motyli i że nie przeczytałam też Sagi. Jednocześnie poczułam coś w rodzaju zobowiązania, zarówno wobec przyjaciółki jak i autora „Dwunastu srok...”. Kolejny raz nie wypada jej odłożyć, w końcu to prezent. Zaparzyłam sobie więc herbatę, wskoczyłam w strój wieczorowo-pościelowy i pobiegłam z książką do łóżka. Zamknęłam za sobą drzwi do sypialni, dając do zrozumienia dzieciom i mężowi, że wstęp raczej wzbroniony i oddałam się lekturze. Jednak niczego wielkiego sobie nie obiecywałam, poza chwilą świętego spokoju. No ale stało się! Dałam się złapać, wpadłam niczym beztroska ważka w pajęczą sieć. 
Wszystko, co do tej pory w temacie ornitologii najbardziej mnie pociągało, poruszało, niepokoiło,  dostarczało emocji i rozbudzało wyobraźnię - wszystko to odnalazło potwierdzenie w tej książce. Również niedosyt, którego często doznaję, jako wiecznie początkujący i niespełniony ptasiarz, został zaspokojony. Gdybym miała być ptasiarzem z prawdziwego zdarzenia, byłabym w tym podobna do autora. Liczyłabym bocianie gniazda na ochotnika w pobliskiej gminie i przyglądała się reakcji mieszkańców. Leżałabym przed zmierzchem w samotności na łące i szukała żurawi na słuch, przywołując w myślach obrazy Chełmońskiego. Pomagałabym jako wolontariusz, obrączkując ptaki. Zastanawiałabym się nad sensem bicia rekordów w birdwatchingu. Gdybym miała napisać książkę o ptakach, to stworzyłabym ją kierując się podobną wrażliwością i intuicją. Uderzałabym narracją w podobne tony. Emocje i przeżycia opisane w książce, stały się chwilowo moimi własnymi. Pobudzona empatia wytworzyła niewidzialną nić porozumienia pomiędzy dwoma światami. Świadomość tego, że jest ktoś, kto uosabia ptasiarza, którym sama chciałabym być, gdybym taką możliwość miała, wystarcza mi do poczucia spełnienia. Dziwne to, ale tak właśnie czuję. Gdybym  miała teraz zostawić sobie jedną książkę o ptakach – być może zostawiłabym tą. Kto wie, czy nie oddałabym nawet tego pięknego albumu, ze spektakularnymi zdjęciami ptaków Polski. Nic tak nie pobudza wyobraźni i zmysłów, jak utkana z czułością fabuła, pisana naturalnie, lekko i ciekawie. Słowa mogą mieć wówczas większą moc, niż najdoskonalsze obrazy.  Dziękuję autorowi za  przypomnienie tego, że pasja ornitologiczna to przede wszystkim głęboka fascynacja przyrodą oraz wrażliwość na świat.  Birdfeeling ważniejszy bywa niż birdwatching. Moja kolejna lektura to „Sekretne życie drzew” - już nabyłam. Natomiast Atlas motyli i Saga Puszczy Białowieskiej, nadal pozostają w poczekalni...

poniedziałek, 26 września 2016

Chytry grabarz, czyli nekrofauna w domu Pani z przyrody.



Zapowiadał się bardzo atrakcyjny wieczór. Byłam umówiona z koleżanką Kasią na koncert Zespołu Hej. Jako że obydwie Kaśki bardzo, ale to bardzo lubię, nic nie mogło stanąć mi na drodze do spędzenia tego wieczoru, w tak doborowym towarzystwie. Jednak instynkty tropiciela, w które natura wyposażyła Panią z przyrody, o mały włos nie pokrzyżowały tych jakże atrakcyjnych planów. A wszystko zaczęło się tak: Na niecałą godzinę przed umówionym spotkaniem z Kasią, udałam się do łazienki, uszykować sobie fryzurę - wszak wieczorne wyjście z domu zobowiązuje. Kiedy tak wisiałam zgięta w połowie, z głową w dół, susząc już włosy i wgapiając się tępo w podłogę, nagle dostrzegłam siedzącą na kafelkach pszczołę. Skąd ona się tutaj wzięła? Pewnie wpadła bidulka przez okno i czeka na ratunek. Jak tylko skończę suszyć włosy, to jej pomogę – pomyślałam. Ale zaraz… to chyba raczej jest osa?! Albo może trzmiel?! Jestem krótkowidzem, okulary aktualnie leżały na wannie, nie byłam więc pewna, co widzę. Owad miał jakieś dziwne paski lub plamy, w kolorze żółtym bądź pomarańczowym, nie miałam jasności. Insekt okazał się zbyt trudny do jednoznacznego zidentyfikowania, bez odłożenia suszarki, a ja byłam nader ciekawa, żeby dłużej czekać. Tak więc suszarka "poszła" w kąt, a moja twarz z zainteresowaniem zbliżyła się do owadziego osobnika. Orzesz ty!!! Stanęłam oko w oko z…. grabarzem!!! To był chrząszcz grabarz!!! Ten sam, którego fotografia zamieszczona w moim „Przewodniku do rozpoznawania roślin i zwierząt na wycieczce”, tak mnie fascynowała, kiedy byłam jeszcze młodą Dziewczyną z przyrody. Na zdjęciu tym, chrząszcz widniał razem z martwym gryzoniem, z którym robił dziwne rzeczy. Jakie i po co – opiszę na końcu. Telewizja nie obfitowała wówczas, jak to jest obecnie, w kryminalno-przyrodnicze programy o wątpliwie chwytliwych tytułach, w których natura zwierząt obnażana jest do granic przyzwoitości i dobrego smaku. Nie wspominając już o baku internetu. Szczytem perwersji było zobaczenie w książce fotografii zwłok myszy, w towarzystwie padlinoluba.
 Cóż jednak owad ten robi w moim domu? Fakt, że łazienka może nie grzeszy czystością, ale żeby od razu ściągały tutaj padlinożerne stworzenia?? Skoro jednak chrząszcz znalazł się w mojej łazience, to zanim ją opuści, musi zostać obowiązkowo sfotografowany. Siedział w jednym miejscy grzecznie i bez ruchy, lecz dla pewności nakryłam go plastikowym wieczkiem ze słoiczka od kremu do twarzy i pobiegłam po aparat. Po chwili byłam już z powrotem w łazience i podekscytowana uniosłam wieczko do góry.
 I stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam!!
 Chrząszcz, najwyraźniej po chwilowym odcięciu od bodźców zewnętrznych, odzyskał zmysły i wiedziony instynktami samozachowawczymi zaczął uciekać pędem i galopem w stronę przedpokoju. Więc ja go cap! Z powrotem pod pokrywkę. Co dalej, co dalej!? Nie mogę pozwolić mu zwiać, zanim nie zrobię chociaż jednego w miarę udanego zdjęcia. Poza tym, jak wbiegnie pod meble i się ukryje, to będzie po nim, być może nie zwrócę mu już wolności. Ostrożnie podniosłam pokrywkę, a chrząszcz w nogi!! Więc ja znowu go cap i pod pokrywkę!  Odczekałam chwilkę i ponownie uniosłam wieczko. A chrząszcz sprinter popyla w najlepsze! Już był w przedpokoju, ja za nim czym prędzej! Podążam za robakiem w przysiadzie, z aparatem w jednej ręce i wieczkiem z kremu w drugiej, na wpół ubrana w dodatku i z mokrymi jeszcze włosami. Mój maż bardzo się zdziwił tym widokiem, kiedy przyszedł sprawdzić co się dzieje. Co ty wyprawiasz? – zapytał. Grabarz do nas wpadł, przynieś szkło!! Chyba nadal nie ogarniał... Byłam tak skupiona na pilnowaniu uciekającego owada i próbach zrobienia mu zdjęcia, że nie potrafiłam nic więcej powiedzieć, to nie był czas na gadanie i tłumaczenia. Musiał się jednak domyśleć, że sprawa jest dla mnie poważna, bo po chwilowej konsternacji,  bez zadawania dodatkowych i niepotrzebnych pytań, przyniósł szklany słoik. Okiełznany szkłem chrabąszcz został, wbrew własnej woli, udokumentowany na zdjęciach. 
Wracając do niesmacznych zwyczajów tych chrząszczy, śpieszę wytłumaczyć, że chrząszcz grabarz pospolity należy do tzw. nekrofauny, czyli do gatunków zasiedlających padlinę i zwłoki. Grabarz za pomocą doskonałego powonienia wyszukuje padlinę małych zwierząt, np. gryzoni lub ptaków i przywabia samicę. Następnie podkopuje ciało martwego zwierzątka i zagrzebuje je w ziemi. Wygrzebuje ukośny tunel, wyściela go piórami lub sierścią i formuje padlinę w kształt kuli. W takim gniazdku samica składa jaja. Po kilku dniach wylęgają się larwy, które początkowo karmione są przez troskliwych rodziców przetrawionym... mięskiem. Ble... Ale uwaga! Jest to jedyny przypadek opieki nad potomstwem wśród chrząszczy. Do nekrofauny należy również  np. mucha plujka pospolita, która składa jaja na "świeżych" zwłokach, a fakt ten wykorzystywany jest w kryminalistyce, do określania czasu zgonu, na podstawie stopnia rozwoju larw. 

Puenta nie na żarty:

Nasza planeta to spójny system przyrody, a środowisko naturalne ulega ciągłym cyklom przemian. Zwierzęta takie jak np. chrząszcze grabarze  mają do spełnienia ważną rolę w tym cyklu. Dzięki nim, dokonuje się w przyrodzie ciągły obieg martwej materii i sprawnie działa naturalny ekosystem. Z perspektywy przyrody grabarze są na ziemi ważniejszymi mieszkańcami niż ludzie, dlatego chętnie zwróciłam chrabąszcza matce naturze.  Zdjęcia owada zupełnie mi  nie wyszły, jak się później okazało. Przechytrzył mnie ten grabarz. W dodatku na koncert spóźniłyśmy się ponad pół godziny – jednak nie z powodu mojej przygody z nekrofauną w łazience. Ale to już całkiem inna historia…. 


niedziela, 18 września 2016

Zaklinacz szerszeni i osy społeczne

szerszeń europejski 

Kilka lat temu spacerowałam z moim, maleńkim wówczas, synkiem ścieżką w parku miejskim. Było upalne lato, a on miał na stopach tylko lekkie sandałki. W pewnym momencie jego malutka nóżka stąpnęła tuż przy siedzącym na środku ścieżki wielkim i groźnym szerszeniu. Zamarłam z przerażenia, moja wyobraźnia natychmiast podsunęła mi obrazy z najczarniejszych zakamarków matczynych lęków. Nie miałam realnego pojęcia o tym, co faktycznie mogłoby się stać, gdyby ów szerszeń użądlił wtedy moje małe dziecko. W głowie miałam jedynie zasłyszane gdzieś miejskie legendy o strasznych, śmiertelnych użądleniach tych owadów, powalających nawet konie. Zapragnęłam więc, żeby wszystkie groźne szerszenie zniknęły z całej okolicy i przestały zagrażać życiu dzieci oraz mojemu wyidealizowanemu obrazowi świata. Tymczasem Pan Tadeusz Swadzyniuk - entomolog, miłośnik os i szerszeni, zawzięty pasjonat, który wiele lat spędził na szczegółowej obserwacji życia tych owadów murem stoi w ich obronie
Pan Tadeusz był kilka dni temu gościem radiowej Trójki i przekonywał o tym, że nie są one naszymi wrogami, lecz pożytecznymi sprzymierzeńcami, ponieważ zwalczają groźniejsze dla nas insekty, np. kleszcze. Pani z przyrody dotarła do tego nietuzinkowego człowieka i otrzymała szereg ciekawych materiałów, które powstawały w trakcie jego badań nad życiem os i szerszeni - ze zgodą na publikację.
Jad os i szerszeni nie jest tak niebezpieczny dla zdrowego człowieka, jak to opisują media. Jest mniej niebezpieczny od jadu pszczół, który wyrządza spustoszenie w krwinkach czerwonych ofiary. Natomiast jad os i szerszeni jest tylko silnie zasadowy, co potęguje doznania bólowe i działa jako niezwykle skuteczny środek odstraszający. I między bajki należy włożyć informację, że użądlenie przez trzy szerzenie zabija konia. Nie konia a ewentualnie chomika, ponieważ stężenie jadu na wagę tak małego stworzenia jest faktycznie wysokie.” Oczywiście nie dotyczy to osób uczulonych, u których wstrząs anafilaktyczny może wystąpić nawet po kontakcie z małą dawką jadu.
szerszeń europejski - zdjęcie Pani z przyrody

 Entomolog przekonuje również o tym, że szerszenie nie są z natury agresywne, a od innych owadów różni je w tej kwestii fakt, że potrafią się bronić. „Czy szerszeń zaatakuje w terenie? Raczej nie spotkałem się z takim przypadkiem. Ignoruje człowieka, ponieważ nie czuje się zagrożony, ma ważniejsze obowiązki niż straszenie ludzi. Owszem, jego widok budzi respekt. Jednak im więcej się o nich wie, tym strach jest mniejszy. Kiedy np. chce się zabić szerszenia, goniąc za nim, robotnica - strażniczka wyczuwa nadchodzące niebezpieczeństwo, czuje się zagrożona i w takim tylko przypadku może przypuścić atak. Natomiast jeśli lata, a my się tylko spokojnie przypatrujemy, ignoruje naszą obecność. Jesteśmy dla niego jednym z elementów Natury. Kiedy szerszenie są jeszcze niebezpieczne? Kiedy chcemy ingerować w ich gniazdo. Ale pragnę uspokoić. Kiedy przebywamy, nawet blisko gniazda, zachowując się cicho, nie powodując wibracji  w otoczeniu: krzykiem czy głośną muzyką lub tupaniem i nie dotykamy go, szerszenie ignorują naszą obecność, nie czując się zagrożone.” Fakt, że szerszenie są stosunkowo łagodne i nienapastliwe, potwierdzają doświadczenia Pana Tadeusza, któremu zdarzyło się nawet karmić królową szerszenia z ręki. Pan Tadeusz w trakcie swoich fascynujących obserwacji życia szerszeni i os nigdy nie nosił ubrań ochronnych i jak twierdzi, nigdy też nie został użądlony. Ochronę zapewnia mu znajomość ich zwyczajów, opanowanie emocji i jak sam to określa - umiejętność nawiązania z nimi więzi. Głównym przysmakiem dorosłych szerzeni są dojrzałe, słodkie owoce i wyciekające soki z drzew. Mięsożerne natomiast są larwy tego owada. Dorosłe osobniki, aby wykarmić żarłoczne potomstwo, polują na inne owady, budząc popłoch w okolicy. Pewnie również stąd bierze się ich nie najlepsza reputacja. 

 
 

czwartek, 8 września 2016

Inwazja w Puszczy Białowieskiej. Zapraszam - Pani z przyrody




Jestem pewna, że gdzieś tutaj są, być może bliżej niż nam się wydaje. Być może nawet nas widzą, bacznie obserwują z ukrycia i za nic nie zdradzą nam swojej obecności.
Na polanie w Białowieskim Parku Narodowym

To najwięksi i najbardziej fascynujący mieszkańcy Puszczy Białowieskiej - żubry. Ale również rysie, wilki, jelenie. Na pewno są niedaleko, lecz dla nas niewidoczne, przemykają spowite delikatną mgłą niczym dobre duchy. Ostrożne i skryte. Dopóki głód nie wygoni ich z kryjówek, wygrywając z naturalnym lękiem przed cywilizacją, przeciętny człowiek ma nikłe szanse na spotkanie z nimi. Nasza przemiła gospodyni opowiadała nam, że jesienią łakome żubry lubią przychodzić do jej sadu  raczyć się jabłkami oraz że czasami widuje je w lesie, kiedy zbiera grzyby. Tu podgrzybek, tu prawdziwek, a tutaj żubr! Taka codzienność na Podlasiu. Na otwartych terenach króla puszczy trudno spotkać w sezonie letnim, przebywa wtedy ukryty w głębi lasu. Na polany żubry wychodzą rzadko i głównie bladym świtem, trzeba też wiedzieć gdzie. A szukanie ich w lasach to jak szukanie igły w stogu siana – przynajmniej dla mało obeznanego z ich zwyczajami turysty. Trzeba mieć wyjątkowe szczęście. Lecz kiedy przychodzi zima i zaczyna brakować żubrom pożywienia, chętniej opuszczają bezpieczne zarośla i ruszają poza las, na polany, gdzie czekają na nie przygotowane paśniki z sianem. Wtedy szanse na zobaczenie tego majestatycznego zwierza są większe .
Polana w Parku Białowieskim - rowerowa wędrówka Pani z przyrody
Paśnik dla zwierząt w Parku Białowieskim
 Pomimo tego, opowieść o żubrach w sadzie za domem wyraźnie podziałała na moją wyobraźnię. Z naiwnością dziecka zerkałam w stroną sadu, ilekroć był w zasięgu wzroku, spodziewając się… no żubra po prostu! No cóż, największym stworzeniem który tam baraszkował był kot gospodarzy. Coś jest w powiedzeniu o tym, że koty bywają złośliwe… Również wilki, rysie oraz jelenie pozostało nam jedynie sobie wyobrazić. Ale to nawet lepiej, bo pobyt w Puszczy Białowieskiej to nie safari . Dla turystów i miłośników polskiej przyrody Białowieża przygotowała Rezerwat Pokazowy Żubrów i nim przyszło nam się zadowolić. Zwierzęta eksponowane są tam w warunkach pół-naturalnych. Oprócz żubrów przebywają tam również rysie, wilki, łosie, koniki polskie. Wszystkie można  pooglądać i zaspokoić swoją ciekawość.   

Wilk w Rezerwacie Pokazowym Żubrów

Żubr z Rezerwatu Pokazowego


Najbardziej zdumiewającą dla mnie historią związaną z fauną Puszczy Białowieskiej była inwazja. Bynajmniej nie inwazja kornika - lecz gatunku ludzkiego, ponieważ to z jego powodu wiosną 1919 r. nastąpiła całkowita zagłada żubrów białowieskich - zginął wtedy ostatni osobnik. Jak to się stało, że w obecnej chwili żyje ich w całej puszczy prawie tysiąc sztuk? Gatunek ludzki zmył krew z rąk i postanowił się zrehabilitować.

Żubr z Rezerwatu Pokazowego
Jednak najważniejszym punktem naszego pobytu w puszczy była wizyta w rezerwacie ochrony ścisłej – czym mnie zaskoczyła i dlaczego – opiszę w następnych postach. Zapraszam - Pani z przyrody. 

wtorek, 6 września 2016

Keep calm and go to Białowieża! Zapraszam - Pani z przyrody.




Zaplanowaliśmy, że tegoroczny urlop spędzimy nad Bałtykiem. Lecz jak mówi mądre przysłowie – człowiek planuje, a Pan Bóg się śmieje. Śmieje się i jednocześnie otwiera nieświadomemu człowiekowi drogę do innych, lepszych dla niego rozwiązań, a nawet i do spełnienia jego marzeń. Nad Bałtyk nie dotarliśmy, ponieważ zwyczajnie nie znalazłam żadnej wolnej kwatery. Kiedy po raz „enty” usłyszałam po drugie stronie telefonu: „wszystko zajęte”, dostałam nagłego olśnienia! EUREKA! DZIĘKUJĘ! Żegnajcie „tanie noclegi” z portalu nadbałtykiem.pl, żegnajcie kolorowe promenady, najlepsze pod słońcem gofry z bitą śmietaną i kapsle po piwie, zbierane pieczołowicie na plaży przez najmłodszą latorośl. Do zobaczenie następnym razem, a my tym czasem wybieramy inny kierunek – jedziemy do Puszczy Białowieskiej! Marzyłam o tym  od dawna, najwyższa więc pora zabrać się za spełnianie swoich marzeń! Pan Bóg wyraźnie puścił do mnie oko! Szybko i sprawnie znalazłam cudowny, tradycyjny podlaski domek niedaleko Hajnówki, cały dla nas.
Ogródek w podlaskim stylu


Drewniany domek w podlaskim stylu - wakacyjna kwatera Pani z przyrody
Zapakowaliśmy rowery, lornetki, aparat fotograficzny, peleryny, mnóstwo wygodnych ubrań i oczywiście mój niezawodny, stary i poczciwy „Przewodnik do rozpoznawania roślin i zwierząt na wycieczce” (młodszy syn go uwielbia). Tak wyposażeni wyruszyliśmy do świątyni przyrody na spotkanie z przygodą. Lecz żeby nie było nam tak lukrowo i miło – dzieci poczuły się głodne i przyjęły postawę roszczeniową tuż za pierwszym zakrętem, za kolejnym zaś wszczęły kłótnię pomiędzy sobą, nie wiadomo dokładnie o co. W dodatku szybko okazało się, że bagażnik na rowery trzeba było po drodze kilka razy sprawdzić i poprawić, a obciążony samochód nie chciał się rozpędzić powyżej 100 km na godzinę, ku rozpaczy męża. Keep calm and go to Białowieża National Park! W końcu dzieciaki zasnęły, znudzone wizją całodziennej podróży, bagażnik spokorniał, a do jazdy prawie non stop prawym pasem jakoś przywykliśmy. Dowlekliśmy się na miejsce przeznaczenia późnym popołudniem, cali, zdrowi i w komplecie. Ilość rowerów na bagażniku również się zgadzała. Ufff…, teraz będzie już tylko lepiej. O tym, co zobaczyliśmy w Puszczy Białowieskiej i jakie czekały na nas atrakcje – w następnym poście. Zapraszam - Pani z przyrody.
Pani z przyrody na szosach Puszczy Białowieskiej

Bocian na podlaskiej łące, foto - mąż Pani z przyrody


Pani z przyrody zawsze przygotowana - literatura o przyrodzie polskiej